Ekonomia 28 lutego 2013, 00:16

Polacy wreszcie ruszyli na zakupy. To jeszcze nie znaczy, że będzie lepiej

Sprzedaż detaliczna w styczniu wzrosła o 3,1 proc. w porównaniu z tym samym okresem zeszłego roku. Spodziewano się gorszych danych po tym, jak ostatni kwartał ubiegłego roku po raz pierwszy w historii przyniósł w Polsce głęboki spadek konsumpcji.

Wzrosła sprzedaż detaliczna. Fot. Piotr Frydecki

Wzrosła sprzedaż detaliczna. Fot. Piotr Frydecki

Mimo że sprzedaż detaliczna wyszła na plus, nie jest to jeszcze sygnał oznaczający poprawę w polskiej gospodarce. Polacy wyhamowali bowiem z zakupami, co lepiej obrazują informacje na temat tzw. konsumpcji prywatnej.

- „Sprzedaż detaliczna pokazuje tylko sytuację w sklepach zatrudniających powyżej dziesięciu osób. Nie uwzględnia więc małych podmiotów, bazarów czy usług” – zauważa w rozmowie z Money.pl Łukasz Tarnawa, główny ekonomista Banku Ochrony Środowiska. – „Dlatego znacznie lepszym wskaźnikiem jest właśnie zdecydowanie szersza konsumpcja prywatna, która pokazuje rzeczywiste nastroje wśród konsumentów.”

Nastroje konsumentów są złe, o czym przekonamy się już w najbliższy piątek, gdy GUS opublikuje informacje na temat konsumpcji w czwartym kwartale ubiegłego roku. Ekonomiści w swoich prognozach są zgodni, że ostatnie trzy miesiące ubiegłego roku przyniosły jej spadek o około jeden procent w porównaniu do tego samego okresu 2011 roku. To pierwszy taki przypadek w historii danych, które GUS publikuje od lat 90.

- „Czynnik, który wyraźnie pomagał polskiej gospodarce jeszcze w 2009 roku, teraz jest w wyraźnym odwrocie” – podkreśla Łukasz Tarnawa. Według ekonomistów, z którymi rozmawiał Money.pl, bardzo słabo pod tym względem będzie wyglądał również pierwszy kwartał tego roku. Polacy wrócą na większe nieco większe zakupy być może dopiero na wiosnę.

Większej poprawy ekonomiści spodziewają się w drugiej połowie roku. Ale wszyscy wskazują na jedno założenie, które musi najpierw zostać spełnione. Prognozy dotyczące konsumpcji się sprawdzą, o ile wcześniej nie dojdzie do załamania na rynku pracy.

- „W tej chwili wyraźnie widać, że ludzie boją się o pracę, a jednocześnie mamy do czynienia ze spadkiem realnego poziomu wynagrodzeń. To powoduje, że staliśmy się o wiele ostrożniejsi w wydawaniu pieniędzy” – mówi Ignacy Morawski, główny ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości.

I dlatego w pierwszej kolejności tniemy wydatki na rzeczy, które nie są nam niezbędne. Stąd wyraźne spadki sprzedaży np. samochodów, ale również książek czy prasy. – „Co ciekawe, konsumenci na wiele sygnałów z gospodarki reagują z opóźnieniem” – zauważa Paweł Radwański, analityk z Raiffeisen Banku. – „To oznacza, że jeszcze przez jakiś czas będą zapewne ograniczać wydatki nawet, gdy sytuacja w gospodarce już się poprawi.”

Jak już wspomnieliśmy, tym co wpływa na wyraźne ograniczenie naszych wydatków, są przede wszystkim obawy o przyszłą sytuację na rynku pracy. Spadki zatrudnienia, wzrost bezrobocia do poziomu powyżej 14 procent oraz spadek realnych wynagrodzeń z pewnością nie nastrajają konsumentów optymistycznie.

- „Wszyscy zadają sobie pytanie, czy spowolnienie nie wyzwoli jeszcze większej fali zwolnień w firmach” – podkreśla Łukasz Tarnawa.

Warto zauważyć, że rozwój sytuacji na naszym rynku pracy w ogromnej mierze będzie uzależniony od ewentualnej poprawy sytuacji gospodarczej w Niemczech. Trafia tam bowiem jedna czwarta naszego eksportu i – jeżeli u naszych zachodnich sąsiadów nastąpi odbicie – to nie powinniśmy mieć raczej obaw o wyraźniejszy wzrost bezrobocia.

Gdy wiele osób boi się o pracę i swoje pensje, to jednocześnie są znacznie mniej skłonni do tego, by się zadłużać. To kolejny czynnik, który ma wyraźnie negatywny wpływ na poziom konsumpcji w Polsce. Z drugiej strony, banki również o wiele ostrożniej udzielają kredytów niż jeszcze kilka lat temu.

Łukasz Pałka
Money.pl

Jeśli podoba Ci się ten artykuł i chcesz odwiedzać nas częściej, udostępnij go na Facebooku, skomentuj oraz polub nasz portal, by otrzymywać więcej treści, które mogą Cię zainteresować: