Ekonomia 11 marca 2013, 20:31

Wszędzie wzrosty, a złoto tanieje

Rynek złota jest jednym z niewielu, które nie podzielają tegorocznego optymizmu. Kruszec od początku 2013 roku stracił ponad 6%. Czy rację mają ci, którzy mówią o nieodwracalnym końcu złotej hossy?

Sztabka złota, fot. Apollo2005

Sztabka złota, fot. Apollo2005

Od rekordu wszech czasów z września 2011 roku (1920 dolarów za uncję) złoto dzieli niecałe 18%. Spadki cen kruszcu jak na razie nie były więc ani gwałtowne, ani bardzo znaczące. Wielu inwestorów przez te półtora roku mogło nawet nie zauważyć, że na rynku zaszła jakaś fundamentalna zmiana. Wycieczka powyżej 1800 dolarów z końca lata 2011 była tylko chwilowym epizodem i gdyby go pominąć, mielibyśmy do czynienia z trendem bocznym w przedziale 1500-1800 dolarów. Moim zdaniem, wiele wskazuje jednak na to, że poziom wsparcia (ok. 1530 dolarów) broniący rynek przed wejściem w długoterminowy trend spadkowy wkrótce może zostać poddany testom.

Ceny wyglądają bowiem dużo lepiej niż fundamenty rynku kruszcu. Niedawno World Gold Council opublikowała podsumowanie sytuacji popytu w 2012 roku. Przy jego lekturze od razu rzuca się w oczy, że pierwszy raz od recesyjnego 2009 roku łączny popyt na złoto spadł. Stało się to nie tylko za sprawą malejącego od lat popytu jubilerskiego, ale na skutek mniejszej chęci do zakupów również ze strony inwestorów. Zjawisko to grozi głównej sile napędowej hossy, jaką był popyt inwestycyjny.

Europejczycy i Chińczycy będą mniej inwestować w złoto

W 2003 roku w formie sztabek i monet inwestorzy nabyli 304 tony złota. Od tego czasu wielkość ta cały czas rosła, by w rekordowym 2011 roku osiągnąć 1515 ton, co stanowiło wtedy aż jedną trzecią całkowitego popytu na złoto. W 2012 roku kupiono o 260 ton sztabek i monet mniej. Czy to początek zmiany tendencji? Moim zdaniem tak, gdyż zakupy złota w celach inwestycyjnych przez Amerykanów i Europejczyków uważam za anomalię. Ci ostatni zwłaszcza byli wyjątkowo aktywni, ze względu na obawy związane z kryzysem w strefie euro. Jeszcze w 2005 roku udział Europy w rynku złotych sztabek i monet wynosił około 1%, podczas gdy w ubiegłym roku sięgnął aż 22%. Ponieważ na Starym Kontynencie rynki finansowe są dobrze rozwinięte (oferują lepsze alternatywy inwestycyjne), a niebezpieczeństwo rozpadu strefy euro wydaje się już zażegnane, zakupy Europejczyków stopniowo wrócą do przedkryzysowej normy.

Jest całkiem spora szansa, że z podobną sytuacją będziemy mieć do czynienia w Chinach (25% udziału w rynku monet), gdzie pierwszy raz od dawna inflacja spadła na tyle, że depozyty bankowe są w stanie realnie zarabiać. Jeżeli ta tendencja się utrzyma, Chińczycy także powoli będą odwracać się od złota, które nie jest tam aż tak silnie kulturowo ugruntowane, jak w Indiach. Decyzja o poziomie stóp procentowych ma jednak w Chinach zupełnie inny charakter niż na Zachodzie. Zgoda na to, by gospodarstwa domowe zarabiały na zgromadzonych w bankach depozytach, jest ściśle związana z tym, czy nowe kierownictwo partii będzie skłonne reformować dotychczasowy model gospodarczy, którego nieodłącznym elementem były ujemne realne stopy procentowe. Jak na razie z ust przejmujących władzę chińskich polityków słychać obiecujące deklaracje, ale to samo można było niegdyś powiedzieć o odchodzącej ekipie.

Rekordy giełdowe nie służą złotu

Kolejnym czynnikiem podważającym fundamenty hossy jest spadek zaangażowania inwestorów w fundusze ETF oraz na kontraktach terminowych. Ci ostatni to przede wszystkim managerowie funduszy hedgingowych stanowiący najlepiej poinformowaną grupę graczy. Pesymizm odnośnie rynku złota jest wśród nich najsilniejszy od końca 2008 roku, na co wskazuje najniższa od czterech i pół roku liczba otwartych długich pozycji. Z kolei z funduszy ETF inwestujących w złoto wycofano od początku roku prawie 130 ton, co stanowi odpływ na poziomie ok. 5%. Wciąż jest to nieznaczny ruch, który może dopiero przybrać na sile wraz z kontynuacją hossy na rynku akcji. Z tej perspektywy pobicie przez amerykański indeks Dow Jones rekordu wszech czasów jest dla rynku złota bardzo niekorzystną informacją. Dotrze ona bowiem również na pewno do mało aktywnych inwestorów, wskazując im, jak wiele tracą, zamrażając swoje oszczędności w kruszcach.

Biorąc pod uwagę to, co napisałem powyżej, sytuacja cenowa na rynku mogłaby już teraz być dużo gorsza. Dotąd jednak na straży hossy stały banki centralne. Z jednej strony banki krajów rozwiniętych prowadziły bardzo łagodną politykę pieniężną, z drugiej banki krajów rozwijających się kupowały kruszec na potęgę. Rok 2012 był pod tym drugim względem rekordowy – łączne zakupy sięgnęły 535 ton (najwięcej od 50 lat). O ile dalszego łagodzenia polityki pieniężnej (poza Japonią) nie należy się spodziewać, o tyle zakupy banków z Rosji, Meksyku, Turcji czy od niedawna Brazylii będą w najbliższych latach kontynuowane. Czy to wystarczy, by powstrzymać spadki cen wywołane wycofywaniem się inwestorów z sektora prywatnego?

Do pewnego stopnia tak, chociaż trudno mi sobie wyobrazić, by decydenci w bankach centralnych kupowali przez dłuższy czas złoto, które będzie tanieć, zwłaszcza jeśli zachodnie państwa powrócą do jego sprzedaży. Zmiana zachowania banków centralnych możliwa jest, moim zdaniem, jednak dopiero za dwa-trzy lata, gdy wzrosną stopy procentowe FED i EBC tak, że zarządzający rezerwami dostrzegą wysoki koszt alternatywny zwiększania alokacji w złoto. Mimo tego, że banki centralne nie dołączą prędko do strony sprzedającej, przebicie w tym roku poziomu 1530 dolarów uważam za bardzo prawdopodobne. Niekoniecznie stanie się to już teraz, zwłaszcza jeśli rynki akcji wejdą w fazę korekty. Jednak niedawno opublikowana prognoza banku Goldman-Sachs, który ogłosił koniec hossy, wydaje mi się całkiem wiarygodna – na koniec 2014 roku możemy zobaczyć poziom nie wyższy niż 1350 dolarów za uncję.

Maciej Bitner
Główny Ekonomista Wealth Solutions

Jeśli podoba Ci się ten artykuł i chcesz odwiedzać nas częściej, udostępnij go na Facebooku, skomentuj oraz polub nasz portal, by otrzymywać więcej treści, które mogą Cię zainteresować: