Ciekawostki,Publicystyka 23 marca 2013, 22:03

UFO w Emilcinie. Przypadek Jana Wolskiego okiem sceptyka

Historie Jana Wolskiego żyją już własnym życiem, jednak dla wszystkich wersji pniem pozostaje 10 maja 1978, kiedy to Wolski jedzie wozem przez las. Na jego furmankę ładują się zieloni kosmici (jeden z nich miał przez chwile nawet powozić koniem) i nakłaniają go, aby podjechał na pobliską polanę. Od tej pory wszystko brzmi tak niedorzecznie, że nawet gdyby historię tę opowiadał koń Jana Wolskiego, nie byłaby bardziej nieprawdopodobna.

Latający autobus jaki miał widzieć Jan Wolski

Latający autobus jaki miał widzieć Jan Wolski

Jeśli w pieczarach, w których skrywa się archiwum telewizji publicznej zgromadzone taśmy leżą pośród adekwatnych im przedmiotów, na tym filmie stał słoik z krukiem w formalinie. W poniedziałek telewizja polska uraczyła nas dokumentem Nataszy Ziółkowskiej „Niezidentyfikowany obiekt latający” na temat Emilcina. Dla niezorientowanych zamkniętych umysłów: tym czym jest Roswell dla Amerykanów, czym jest jabłko dla wygłodniałego jeża, żaba dla bociana, tym jest Emilcin dla polskiej ufologi. Są tematy, z których w tym środowisku śmiać się nie wolno, Jan Wolski z Emilcina jest właśnie tym tematem. Są w Polsce ludzie, którzy oddaliby się do adopcji Panu Janowi gdyby tylko żył, mający niezachwianą wiarę w historię, która każdego postronnego człowieka onieśmiela swą naiwnością.

Historie Jana Wolskiego żyją już własnym życiem, jednak dla wszystkich wersji pniem pozostaje 10 maja 1978, kiedy to Wolski jedzie wozem przez las. Na jego furmankę ładują się zieloni kosmici (jeden z nich miał przez chwile nawet powozić koniem) i nakłaniają go, aby podjechał na pobliską polanę. Od tej pory wszystko brzmi tak niedorzecznie, że nawet gdyby historię tę opowiadał koń Jana Wolskiego, nie byłaby bardziej nieprawdopodobna. Wolski trafia do UFO, gdzie zostaje poddany badaniom i wypuszczony – wydaje się standardowy banał, doświadczeniem jakim pochwalić się może blisko milion Amerykanów. Gdybyśmy chcieli poznać szczegóły tego, co działo się na polanie w Emilcinie wystarczy wyobrazić sobie najbardziej tandetne filmy s-f. Gdyby sfilmować to wiernie z relacją Wolskiego zagrać mógłby to tylko Leslie Nielsen. Wolski podsłuchuje język zielonych ludzików, który okazuje się brzmieć prawie dokładnie jak języka Gagatka z filmu „Kapuśniaczek”. Obca cywilizacja, która dymała tu pół galaktyki przestrzega ziemskiego savoir-vivre. Załoga UFO (którym wedle relacji jest coś przypominające latający autobus) częstuje Wolskiego swoim śniadaniem, a nawet kłania się na pożegnanie! Przedziwne jest nie tylko zachowanie się małych zielonych ludzików, ale też zachowanie samego głównego bohatera. Konia z rzędem dla tego, kto w tak ekstremalnej, niewyobrażalnej wręcz sytuacji postępować będzie tak jak zachowywać się miał Jan Wolski. W najlepszej razie, adekwatnym zachowaniem do takiej sytuacji byłoby mimowolne oddanie moczu, jednak z relacji rysuje się jak tkliwe rendez-vous.

Z biegiem lat, wśród polskich ufologów wytrąciły się dwa podejścia do tego, jak radzić sobie z co bardziej głupawymi fragmentami opowiadania Wolskiego. Pierwsza szkoła powiada, że fragmenty pokroju tych o malunkach na kombinezonach kosmitów zostały wymyślone przez badające go persony. Najbardziej świecące naiwnością fragmenty miały zostać zmyślone przez osoby trzecie, a następnie namówiono Pan Jana, aby opowiadał je jako rzeczywiste wydarzenia. Nie najlepiej mówi to jednak o wiarygodności świadka, jeśli tak łatwo skłonić go do mazania baśniopisarskim pędzlem po własnej opowieści. Drugie stronnictwo uważa, że wszelkie prymitywizmy są właśnie najlepszymi dowodami na prawdziwość tej historii. To, że w słowniku prostego chłopa nie było nawet takich słów jak „kosmici”, czy „przybysze pozaziemscy” dowodzi, że historia ta musi być prawdziwa. Im głupiej tym lepiej! Szczerze mówiąc czy można wyobrazić sobie lepszy łup, niż wiejski stary dziadzina z 2 klasami podstawówki? Przypadkowi Emilcina, jak przystało na rasowe spotkanie III stopnia, towarzyszą dowody materialne. W filmie „Niezidentyfikowany obiekt latający” oglądamy współczesnych Wolskich, m.in rolnika, który pokazuje na swojej łące dziwne kosmiczne kręgi. Mam nadzieje, że ktoś uświadomił owego biednego chłopinę (zważywszy, że w kadrach co chwilę przewija się ekipa Nautiliusa, zgaduję, że nie), ale ojcostwo tych kręgów należy do grzybów podstawczaków, będących niestety powszechnym zjawiskiem. Dodam, że dowody z Emilcina były słabsze niż te trawiaste kręgi, m.in odcisk w błocie kosmity który nieomal wypieprzył się przeskakując kałużę.

Przygoda Jana Wolskiego jest jedynym znanym mi krajowym przypadkiem CE-3 (używając klasyfikacji Allena Hyneka), który doczekał się nie tylko paru książek, ale i dedykowanego portalu, a nawet pomnika. Trudno powiedzieć skąd ten sentyment do Pana Jana i czemu akurat w Emilcinie polscy ufolodzy pokładają takie nadzieje. Jak mantra powtarzany jest werset, iż Wolski został poddany badaniom, które wykluczyły kłamstwo. Można by polemizować czy takie badanie w ogóle istnieje, ale nawet te, które przychodzą mi teraz do głowy, nie miały tam nigdy miejsca. Byłbym nawet skłonny przyznać, że nie mieliśmy tu do czynienia z kłamstwem. Zrównanie pytania czy wszystko to miało miejsce, z pytaniem czy Wolski mówił prawdę jest karygodnym spłycaniem psychologii człowieka. Można nie wierzyć w tę historię bez wycieczek personalnych w stronę Pana Jana. Niebywałe tezy wymagają niebywale mocnych dowodów, zaś historia Emilcina spełnia jedynie zasadę, że dziecięce bajki lubią nie tylko dzieci.

Michał Łaszczyk
czajniczek-pana-russella.blogspot.com

Jeśli podoba Ci się ten artykuł i chcesz odwiedzać nas częściej, udostępnij go na Facebooku, skomentuj oraz polub nasz portal, by otrzymywać więcej treści, które mogą Cię zainteresować: