Nauka,Publicystyka 12 stycznia 2013, 22:04

Tlenoterapia – medycyna w krzywym zwierciadle

tlenoterapiaIstnieje sposób, aby porzekadło o „pieniądzach rozpływających się w powietrzu”, było prawdziwe dosłownie i w przenośni. Dosłownie można trwonić swoje pieniądze w powietrzu. Pseudomedyczne hochsztaplerstwo to nie tylko magiczno-ludowe sposoby. Bywa, że wątpliwe terapie skrywają się w aurze metod klinicznych. Przykładem może być stosowanie leków we wskazaniach innych niż te, dla których je zarejestrowano. Dla przykładu coś zarejestrowanego jako lek poprawiający ukrwienie naczyń mózgowych, sprzedawany jest jako lek poprawiający pamięć. Jeśli nie posiadamy wykształcenia medycznego, jesteśmy w dużej mierze bezbronni. Niestety często sami pomagamy swemu nieszczęściu, a historia ma na to aż nadto przykładów. W latach 30tych, kiedy opinia publiczna jarała się radioterapią jako nową, obiecującą metodą leczenia raka, wiele osób rzuciło się na rad, przyjmować go jako suplement diety. Sprzedawano między innymi radioaktywną wodę, którą pito na potencję i poprawę nastroju. Zjawisko, w którym konsument próbuje wyprzedzić naukę, a rynek za drobną opłatą z chęcią mu w tym pomoże, było, jest i chyba będzie. Z analogiczną sytuacją mamy dziś do czynienia w USA. Zaskakującą popularnością cieszy się tam lek na narkolepsję znany jako Provigil, masowo łykany przez studentów w celu poprawy koncentracji. Podobną karierę robi Aricept zarejestrowany jako lek na chorobę Alzheimera. Sprawa jest o tyle nieciekawa, że istnieją podejrzenia, iż Aricept podawany osobom zdrowym może działać odwrotnie do zamierzonych skutków, nieznacznie osłabiać zdolności poznawcze.

Ta przykra przypadłość najwidoczniej dopadła i tlenoterapia. Wykradziona ze szpitalnych sal jest dziś nadużywana w podejrzanych zabiegach i kuracjach. Choć tlenoterapia jest normalną praktyką medyczną, to, co sprzedaje się pod tą marką, ma tyle wspólnego z leczeniem, ile oczyszczanie organizmu z „konserwantów i barwników spożywczych” ma wspólnego ze szpitalnym odziałem toksykologicznym. W praktyce medycznej istnieją ścisłe zasady, co do tego kiedy stosować tlenoterapię. Zdrowy organizm nie potrzebuje dodatkowych porcji tlenu, a oddychanie powietrzem o wysokim jego stężeniu, jest na dłuższą metę najzwyczajniej w świecie trujące. Tlenoterapia udzielana przez osoby niewykwalifikowane może powodować obrzęk płuc i ślepotę, a przy nieszczęśliwym zbiegu okoliczności nawet śmierć. Tlenowy biznes bazuje tu oczywiście na prozdrowotnym wydźwięku słowa „tlen”, a przedsiębiorcy ukuli dla niego nawet nową nazwę – „witamina O”. W momencie w którym tlen stał się synonimem zdrowia, tlenoterapie mają miejsce już nie tylko w szpitalach, ale i w salonach kosmetycznych, barach tlenowych, własny koncentrator tlenu może nabyć w zasadzie każdy. Dystrybutorzy tych urządzeń zalecają je w takich przypadłościach jak „zmęczenie”, „wyczerpanie psychiczne” i „wrażliwość na zmiany pogody”. Zgodnie z taką definicją każdy cierpi na niedotlenienie, więc i każdy powinien mieć takie urządzonko. Madison Cavanaugh twierdzi, że dotlenianie naszych ciał wyleczyłoby nas ze wszystkich chorób jakie znamy. To, że tych szalonych twierdzeń nie sposób udowodnić jest winą, a jakże, spisku lekarzy i koncernów farmaceutycznych.

Za sprawą tego, że nie dla wszystkich rurki wystające z nosa niosą pozytywne konotacje, producenci tlenowego mamidła prześcigają się w pomysłach jak dostarczyć nam dodatkową porcję tlenu metodą, która nie kojarzy się z umieraniem. Na czasie są wody mineralne wzbogacane tlenem. Nasycenie wody tlenem ma za zadanie chyba wyłącznie nasycenie finansowe ich producentów. Oczywiście tlen nie jest dystrybuowany po naszym ciele w postaci luźno buszującego w żyłach gazu. Nim tlen trafi do jakiejkolwiek komórki ciała musi zostać związany przez krew. Stąd jest sprawą wysoce wątpliwą jak tlen miałby trafiać do naszego krwiobiegu z żołądka. Dla klientów, którzy potrzebują czegoś jeszcze bardziej tlenowego niż sam tlen, oferuje się ozonoterapię i wodę utlenioną. Szczególnie ta druga praktyka ma u nas swoich zwolenników. Środowisko ludzi, którzy piją wodę utlenioną i zmuszają do tego swoje dzieci, inwigilował między innymi Bartek Kuzia. Sytuacja ta jest wyjątkowo niezabawna z racji tego, że przy wyższych stężeniach woda ta jest substancją żrącą. W dodatku, jak pokazują doświadczenia, wstrzykiwanie sobie wody utlenionej nie tylko nie zwiększa ilości tlenu we krwi, ale wręcz ja zmniejsza.

Autorem tekstu jest Michał Łaszczyk. Artykuł pochodzi ze strony czajniczek-pana-russella.blogspot.com

Jeśli podoba Ci się ten artykuł i chcesz odwiedzać nas częściej, udostępnij go na Facebooku, skomentuj oraz polub nasz portal, by otrzymywać więcej treści, które mogą Cię zainteresować: