Ekonomia,Publicystyka 18 marca 2013, 22:53

Sceptycyzm makroekonimiczny

Miesiąc, no dwa miesiące temu, mój przyjaciel miał okazję zadać niebanalne pytanie Markowi Belce. „Jeśli ekonomia jest nauką, czemu nie potrafi przewidywać procesów, które opisuje”. Predykcja jest jedną z tych cech nauki, która odróżnia ją od pseudonauki, tymczasem umysły ekonomiczne dają tu nieprzerwanie ciała. Ilość znanych ekspertów, którzy przewidzieli światowy kryzys jest równa liczbie tychże ekspertów, którzy nie zapowiadali w Polsce kryzysu, kiedy ten rozpościerał na świecie swoje szpony. Takie fakty powinny raz na zawsze zdyskredytować tych wszystkich bankspecjalistów, a mimo to wciąż na życzenie dziennikarzy bardzo chętnie mówią nam, co czeka nas w najbliższym czasie i jakie powinniśmy w związku z tym podjąć działania. Co ciekawe, wcale nie żyjemy w jakichś szczególnie nieurodzajnych dla ekspertów czasach. Ta intelektualna impotencja jest stanem permanentnym, utrzymującym się od zarania tego zawodu. W 1932r. ekonomista Alfred Cowles żywił nadzieję, że zdobycze statystyki i metody matematyczne podniosą niebawem ekonomię do rangi najprawdziwszej nauki. W połowie lat 40-tych postanowił zweryfikować swoje założenia, analizując prognozy ekspertów, zajmujących się rynkiem akcji. Okazało się, że ślepe inwestowanie bez posiadania wiedzy ekonomicznej nie przyniosłoby gorszych wyników niż gra na giełdzie przy namiętnym śledzeniu rynków i kierowaniem się radami wytrawnych znawców tego tematu.

Marek Belka, fot. Ralf Lotys (Sicherlich)

Marek Belka, fot. Ralf Lotys (Sicherlich)

Prawie wszystkie artykuły naśmiechiwujące się z naukowości biznespecjalistów spod znaku koszuli i krawata, przywołują badania opublikowane w Economics and Portfolio Strategy w 2009. Okazało się, iż spośród ponad 450 funduszy zarządzających pieniędzmi swoich klientów w przeciągu dwóch ostatnich dekad tylko 13(!) osiągnęło wynik powyżej średniej rynku. Nie omieszkałem sprawdzić czy nasze fundusze inwestycyjne mają się równie strasznie. Znając wynik WIGu za ostatni rok wynoszący – 12,5% z rankingu 70 funduszy akcji, odrzuciłem wszystkie, których nazwa wskazuje, że inwestują także poza Polską lub prowadzą operacje jedynie wśród spółek jakiegoś konkretnego segmentu. Nie sprawdziłem należycie wszystkich tych funduszy, więc szczegółowy wynik jest prawie na pewno inny, nie mniej coś powie nam o ogólnym trendzie. Po zastosowaniu moich prymitywnych kryteriów, 12 funduszy znalazło się ponad kreską wynoszącą -12,5%, zaś 19 przyniosło straty większe niż WIGowska średnia. Z całego rankingu 70 funduszy akcyjnych tylko 23 zanotowały wynik wyższy niż minus 12,5%. Uwieńczeniem rywalizacji potu finansjerów (tzw. active investing) z przypadkiem (passive management) jest Standard & Poor’s Index Versus Active. SPIVA daje porównanie wyników ekspertów, stosujących różne teorie ekonomiczne z inwestowaniem, polegającym na ulokowaniu aktywów we wszystkie akcje po trochu, z ideą niech się dzieje wola nieba. W niektórych regionach górę bierze passive management (Rosja, Indie, Kanada), gdzie indziej (Australia) fundusze aktywnie zarządzane mają wyniki lepsze niż średnia indeksu giełdowego. Nie ma tu jednak jakiegoś trendu, to, że danego roku w danym regionie lepsze wyniki przyniosło aktywnego inwestowania, nie oznacza, że za rok warto inwestować właśnie tą metodą. Sugerowanie się danymi, w których gdzieś akurat active investing przynosi większe korzyści to trochę jak typowanie liczb w totolotka na podstawie tego, który liczby nie były dawno wylosowane przez słynną kręcącą się maszynkę.

Znam człowieka, który osiągnął całkiem niezły wynik na giełdzie (niestety jedynie w formie wirtualnego portfela), inwestując tylko w firmy o zabawnych nazwach jak Indykpol. W związku z powyższym myślę, że byłbym w stanie zagłosować na partie, które jako reformę emerytalną zaproponowałaby zastąpienie wszystkich managerów inwestujących nasze pieniądze stadkiem wygłodniałych jeży. Wypuszczamy na żerowisko jeże z czerwoną kokardką oznaczającą „sprzedawaj” i zieloną oznaczającą „kupuj”, zaś dżdżownice zaopatrujemy w nazwy spółek akcyjnych. Z dużą dozą prawdopodobieństwa, inwestowanie zgodne z wytycznymi jeży przyniosłoby nam wyższą o parę złotych emeryturę, niż kiedy zajmują się tym zawodowi maklerzy. Domyślam się, że polityków powstrzymuje przed tym rozwiązaniem jedynie strach, iż kiedyś jakiś sprytny jeż z dobrym nosem do interesów mógłby wygryźć ich z ministerialnego stanowiska. Mimo, że w ekonomii jest chyba więcej fachowych terminów niż w fizyce, są setki wzorów i dziesiątki omówionych procesów, efekty tego są dość marne. Inżynier potrafi obliczyć czy po wjechaniu na most ciężarówki ten nie zamieni się w kupę gruzów, zaś dobry lekarz, dążąc do obniżenia ciśnienia krwi tego ciśnienia nie podwyższy. Astronom potrafi powiedzieć, ile będzie wynosić odległość Ziemi od Jowisza równo za 100 lat, co więcej, wśród astronomów będzie panować co do tego konsensus – inni astronomowie pracujący niezależnie od siebie podadzą tą samą odległość. Czy ekonomiści potrafią to samo? Czy gdyby dać im skonstruować według ich uznania firmę, czy dadzą jakąkolwiek gwarancje, że odniesie ona sukces. Czy Minister Finansów potrafi przewidzieć cenę euro za 12 miesięcy lepiej niż ja, całkowity amator? Czy mamy pewność, że jego przewidywania będą bliższe prawdy niż moje, czy kogokolwiek innego? Na koniec jestem winien rozwiązania zagadki z Prezesem NBP. Co odpowiedział Belka na zarzut, dlaczego będąca nauką ekonomia ma trafność wyników zbliżoną do zwykłego strzelania na oślep? Nic nie powiedział, bo czas na pytania dla widzów upłynął. Kolejka była jednak na tyle długa, że kupel zdążył obmyślić swoje reakcje na możliwe odpowiedzi. Najciekawsza była ta, gdyby Marek Belka stwierdził, że ekonomia nie jest w sumie nauką i brzmiała – „To czego Pan jest profesorem?”.

Michał Łaszczyk
czajniczek-pana-russella.blogspot.com

Jeśli podoba Ci się ten artykuł i chcesz odwiedzać nas częściej, udostępnij go na Facebooku, skomentuj oraz polub nasz portal, by otrzymywać więcej treści, które mogą Cię zainteresować: