Publicystyka 1 lutego 2013, 12:07

Prawdziwa tradycyjna medycyna chińska

medycyna-smerfyJeszcze kilkanaście lat temu głównym promotorem chińskiej myśli medycznej w Polsce był nauczyciel Pana Kleksa, doktor Paj-Chi-Wo. Obecnie chińskie medykamenty sprzedawane są w przebraniu poważnych preparatów, w otoczce tajemniczej i egzotycznej wiedzy. Na stronie Polskiego Towarzystwa Tradycyjnej Medycyny Chińskiej czytamy, iż owa medycyna „liczy sobie co najmniej 3 tysiące lat nieprzerwanej tradycji, nie musi więc udowadniać swoich praw do leczenia”. Mam przykrą wiadomość dla fanów azjatyckiej szarlatanerii. Dowody, badania i standardy naukowe tyczą się także tradycyjnej medycyny chińskiej (TCM), ta zaś nie ma ani 3 tys. lat, ani nie ma wiele wspólnego z dawną medycyną chińską. Najstarszy traktat medyczny, w którym pojawiają się elementy kojarzone dziś z TCM, liczy sobie trochę ponad 2 tysiące lat. TCM to bajkowy wręcz świat sił, żywiołów, minerałów, smaków, kolorów i kierunków świata. Fraza bajkowy świat nie jest tu na wyrost. TCM jest łudząco podobna do medycyny świata bajek. Gumisie i Smerfy także leczyły się korzeniami, wywarami z ziół, zaklęciami, magicznymi kamieniami, czy elementami żywiołów. Tradycyjna medycyna chińska jest tak bajkowa, że wydaje się stworzona do leczenia fikcyjnych stworów. W oryginalnej, komiksowej serii Smerfów (Docteur Schtroumpf), w czasie epidemii w czarodziejskim lesie, Smerfy odnajdują nawet w księgach Papy Smerfa podręcznik do akupunktury.

Do niedawna, za najstarszą wykładnię TCM uważano działo Huangdi Neijing – „Wewnętrzny Kanon Żółtego Cesarza”. W 1973 podczas wykopalisk archeologicznych w mieście Changsha, odnaleziono trzydzieści, zapisanych na bambusie rękopisów. Pochodzą one sprzed roku 168 p.n.e. i uważa się je za najstarsze źródła medycyny chińskiej. Wydaje się, iż zwoje z Mawangdui powinny być dla TCM, niczym odnalezienie Ewangelii Galilejskiej dla chrześcijan. Tymczasem praktycznie nie pojawiają się w wypowiedziach chinolubnych medyków. Nie pojawiają się ponieważ dowodzą, iż TCM nie jest dzieckiem mistycznej wiedzy, ale niebywałej wręcz ciemnoty. Mitologizowani, starożytni chińscy lekarze okazali się szamanami, trudniącymi się produkcją eliksirów na nieśmiertelność. Co prawda rzeczywiście wierzono w siły Jing i Jang oraz energię Qi, jednak szczegóły całkowicie odbiegały od tego co dotychczas uważano. Siła Qi, o której opowiada się dziś, jak to przenika cały wszechświat, była w oryginale ruchem powietrza, zwykłym wiatrem. Dobre wiatry pochodzić miały z niebios, zaś złe, ziemskie rodzić się miały w jaskiniach. Do roku 1830 wydawano w Chinach podręczniki anatomii, w których przekonywano, że w tętnicach zamiast krwi tłoczone jest powietrze. Energetyczne punkty znajdujące się na ludzkim ciele nie tworzyły żadnych połączeń, zaś akupunktura nie polegała na wbijaniu czegokolwiek, ale na wywoływaniu oparzeń przy pomocy ognia. Wiele chorób przypisywano demonom, zaś najlepsze antidotum upatrywano w świńskim kale, inhalacji z moczu oraz wywarach z koguta lub węża. Tak świat starożytnej chińskiej medycyny opisuje Donald Mainfort w The physician-shaman: early origins of traditional Chinese medicine:

Recepty dostosowywano do faz słońca i księżyca, pór dnia i kierunku w jaki zwrócony był pacjent. Receptury podawano doustnie, np. w postaci dwóch mikstur sporządzonych z błon śluzowych kobiet, pozyskiwanych w czasie cyklu menstruacyjnego. Jako leki służyły chrząszcze, pajęczyna, nietoperze, kurze odchody, miedź, ślina krowy, łupież, żółć psa, rtęć, paznokcie, krew jaszczurki i jądra szczura.

Nie brzmi to tak atrakcyjnie jak ziółka i lecznicze grzybki, nieprawdaż?

Michał Łaszczyk
czajniczek-pana-russella.blogspot.com

Jeśli podoba Ci się ten artykuł i chcesz odwiedzać nas częściej, udostępnij go na Facebooku, skomentuj oraz polub nasz portal, by otrzymywać więcej treści, które mogą Cię zainteresować: