Publicystyka 21 kwietnia 2013, 16:00

Lewitacja w celi

Lewitujący św. Józef z Kupertynu

Lewitujący św. Józef z Kupertynu

W jednym z tefałenowskich programów, bodajże „Cela”, pewien wiezień chwalił się redaktorowi, iż koniec jego odsiadki jest już bliski. Nie chodzi tu bynajmniej o to, że dobiega termin w którym ma wyjść na wolność. Więzień z dumą stwierdził, iż siedząc i tak nic nie robiąc w celi, opanował lewitacje, „a jak wiadomo od lewitacji do teleportacji już blisko”. Rzeczywiście, kiedy spoglądamy na rzekome dokonania joginów czy tybetańskich mistyków, telepatia, lewitacja i podróże astralne, wydają się iść u nich w parze. Lewitacja utożsamiana jest raczej ze wschodnim sztukmistrzostwem, ale i chrześcijańscy święci lubili sobie pofruwać. Apokryfy opisuje lewitującego Szymona Maga walczącego ze św. Piotrem, lewituje się w czasie objawień, lewitują też egzorcyzmowani. Zupełnie inną bajką którą tu odpuszczę, są lewitujące przedmioty. Od tych najprostszych, wykorzystujących magnesy, po najbardziej spektakularne, oparte na efekcie Biefelda-Browna (wysokie napięcie powodujące unoszenie się przedmiotów). W tym miejscu interesuje mnie jedynie „humanistyczna strona lewitacji”.

Dzisiejsza lewitacja nierozerwalnie łączy się medytacją transcendentalną i jej twórcą Mahariszi Maheszem. Każdy program o lewitacji nie może obejść się bez obrazka skaczących w żabich skokach panów – nie kogo innego jak adeptów medytacji transcendentalnej. W 1978 Mahariszi twierdził, iż spośród 40 tysięcy jego studentów, około tysiąca wyszło poza głupawe podskoki w pozycji lotosu i przeszło do prawdziwej lewitacji. Na zorganizowanym w 1986 pokazie w Waszyngtonie, 20 najlepszych uczniów mistrza miało pochwalić się swymi umiejętnościami, jednak zgromadzeni dziennikarze nie zobaczyli niczego poza odbijającymi się o od materaców chłopcami. Jak w ogóle możliwe, że siedząc po turecku i podskakując na kolanach wierzymy że latamy? Według Maharisziego medytacja tworzy pole energii pomiędzy naszym ciałem a podłożem, siłę która można unieść nas w górę. Wpierw wyczuwamy w sobie wewnętrzne ciepło, wzbijamy się do skoku… i już tylko wystarczy aby zatrzymać się w górze. Taka mała drobnostka. Ludzie wydają tysiące dolarów na naukę latania, która w rzeczywistości jest kursem skakania w pozycji lotosu. Osobom tym wmawia się, że zasadniczo posiedli już całą sztukę lewitacji, a do pełni sukcesu został im tylko mały kroczek – kroczek będący naprawdę sednem i całością obiecanych zdolności.

Wiele zdjęć unoszących się osób, to uchwycenie będącego w żabim skoku adepta medytacji transcendentalnej. Istnieje kilka metod umożliwiających odróżnienie osoby będącej jedynie w podskoku, od tej trwale unoszącej się w powietrzu. Kiedyś poszukiwano charakterystycznych rozmyć, jakie ujawniają się w momencie cyknięcia fotki skaczącemu w górę joginowi, jednak dzisiejsze szybki migawki niwelują ten efekt. Dobrą metodą jest spoglądniecie na włosy, które u gwałtownie unoszącego się i opadającego człowieka, przybierają specyficzny kształt – pod warunkiem, że są odpowiedniej długości. Całkowicie dyskwalifikuje podtrzymywanie się kijem, który to niezauważenie wpuszczany, najczęściej przez rękaw jogina, podtrzymuje całą jego sylwetkę. Jeśli ktoś katuje nas linkami dowodzącymi lewitacji, najlepszym materiałem do rewizji są filmy. Bywa, że nawet profesjonalnie wykonane sztuczki nie radzą sobie z efektem chybotania się lewitującego. Aby zlikwidować ten efekt uboczny, w swojej słynnej sztuczce z lataniem nad publicznością, David Copperfield zakupił patent mechanizmu tak sterującego linami aby cały jego lot wydawał się płynny. Po sposobie kołysania się, szczególnie stóp, widać gdzie znajduje się punkt podparcia. Ekstremalnym tego przykładem jest film poniżej, gdzie szaman ma problem nawet z utrzymaniem pionu. Zbyt długa lina skręca się, tak że czarownik zaczyna bujać się, jak zawieszone na sznurku jabłko. Jak słychać, lektor jest tym marnym pokazem zachwycony, uważając to coś za dowód istnienia lewitacji!

Na filmie jest tak ciemno, że dałoby się zawiesić nad szamanem czarnego słonia a i tak nikt by go nie zobaczył – a co dopiero cienkie linki. Ciemna noc dodatkowo zadymiona palącym się dookoła ogniskiem, raczej nie utwierdza nas w przekonaniu o dobrych intencjach tego pana. Lewitacja w półmroku to najtańsza sztuczka. Kiedy w obecności medium, stół przy którym zasiadali spirytyści podnosił się w górę, wszystko działo się w mroku pokoju, tak że haki wystające z mankietów czy stopy wsuwane pod nogi stolika były nie do zauważenia. Późnym wieczorem wykonuje się inną znaną sztuczkę z lewitacją, tym razem pochodzącą wprost z Indii. Trik ten fascynuje mnie od lat, na prowadzonym przeze mnie kilka lat temu blogu, widniał fakir, z kosza którego pięła się w powietrze lina, na szczycie której wisiał chłopiec. W zasadzie to wszystko co jest w tej sztuczce pewne, wiele z jej elementów nigdy nie istniało, tak że zaczęto wątpić czy ona w ogóle kiedykolwiek miała miejsce! Indian rope trick to jedno z najciekawszych zjawisk okołoparanormalnych jakie znam i na pewno w przyszłości jeszcze się o tym naprodukuje. Natomiast jednym z najmniej paranormalnych zjawisk, ze wszystkich paranormalnych zjawisk jakie istnieją jest finger lifting. Modna wśród nastolatków na całym świecie sztuczka, jakoś nie przyjęła się w Polsce. Bazuje na przekonaniu, że nie można podnieć dorosłego człowieka przy pomocy pojedynczych palców kilka osób. Wpierw uczestnicy zabawy próbują podnieść takiego delikwenta, co oczywiście okazuje się niemożliwe – jako że oczekiwali, iż jest to niemożliwe. Następnie układają nad nim swoje dłonie, przekazują mu trochę energii dzięki której stanie się lżejszy, trochę zaklęć i synchronizacji, a po chwili siup w górę na palcach uczestników. Taka lewitacja na niedzielny wieczór i nieklejące się spotkanie ze znajomymi.

Michał Łaszczyk
czajniczek-pana-russella.blogspot.com

Jeśli podoba Ci się ten artykuł i chcesz odwiedzać nas częściej, udostępnij go na Facebooku, skomentuj oraz polub nasz portal, by otrzymywać więcej treści, które mogą Cię zainteresować: