Bez kategorii 17 stycznia 2013, 18:00

Kosmita w supermarkecie

Ktoś kiedyś określił go mianem „samozwańczego króla Toskanii.” Polak, który od 16 lat mieszka w krainie Chianti i zna tam każdy kamień. Obieżyświat, piewca wolności, człowiek-instytucja. Życie to dla niego improwizacja. O swoim starym Land Roverze mówi, że to jego przyjaciel, o szynce parmeńskiej, że jest jak hostia.

fot. Sebastian Szwajczak

fot. Sebastian Szwajczak

Tomka poznałem dawno temu, ale tylko telefonicznie. Jak wszystko w jego życiu, był to czysty przypadek. Ktoś kiedyś polecił mi kontakt z „takim trochę dziwnym, ale uroczym facetem.” Miałem wtedy plany biznesowe i potrzebowałem kogoś na miejscu w Toskanii, kto zna ludzi, infrastrukturę. Nic z tego nie wyszło. Kontakt zanikł. Po kilku latach chciałem jechać na wakacje. Przypomniałem sobie o „Wino i śpiew”, czyli o Tomku. Załatwił mieszkanko niedaleko miejscowości Certaldo, pojechałem, wreszcie się poznaliśmy. Dzięki Tomkowi zobaczyłem wiele miejsc w Toskanii, które są zupełnie niedostępne dla zorganizowanych wycieczek, stłoczonych w autokarach i wożonych z miejsca na miejsce. Odbyliśmy też wtedy kilka krzepiących rozmów.

Teraz złapałem go w Krakowie, który odwiedził podczas swojego zimowego pobytu w Polsce. Przyjeżdża tak co roku swoim Land Roverem wyładowanym po dach winem i świeżą oliwą prosto z tłoczni. Jeździ wtedy po polskich miastach, poznaje ludzi, rozlewa im oliwę i wino, częstuje szynką. Zaprzyjaźnia się. Kolekcjonuje doświadczenia. Spotkaliśmy się, żeby znowu porozmawiać o życiu, podróżach i wolności.

Michał Turnau: Właściwie jak mam się do ciebie zwracać? Tomek? Tomaso? Paparazzi?

Tomek Tryba: Tomek, Tomaso, Paparazzi, a ostatnio Papa. Ale przede wszystkim i zawsze Tomek.

MT: A skąd w ogóle wzięła się ksywka Paparazzi?

TT: Jeździłem do swoich przyjaciół w serwisie Land Rover, gdzie serwisowali stare samochody terenowe. Pojawiłem się tam z Włoch. W offroadzie większość ludzi ma jakieś pseudonimy, ksywki, więc dla nich idealne było słowo „paparazzi”. Brzmiało z włoska, chodziło o samo brzmienie tego słowa. „Paparazzi” – bo fajnie brzmi.

MT: Skąd u chłopaka z Tarnowa, bo stamtąd pochodzisz, pomysł na to, żeby żyć w Toskanii?

TT: Ja przede wszystkim improwizuję. Życie to jest dla mnie jedna wielka improwizacja. Jeżeli uznaję za ciekawe to, co przynosi mi los, po prostu w to brnę. I jakoś tak udało mi się zabrnąć do Toskanii. Nie było to jakieś romantyczne marzenie. Z historii Włoch pamiętałem tylko Czarne Koszule, marsz na Rzym i to były wtedy dla mnie Włochy. Nigdy nie sądziłem, że tam zamieszkam. Zwykły, czysty przypadek. Nie był to żaden cel, nie myślałem wtedy: „jadę do Włoch, bo chcę tam zamieszkać, bo tak czuję.” Dopiero jak zacząłem mieszkać w tym kraju, okazało się, że był to mój cel.

MT: Na czym polegał ten przypadek?

TT: To trochę zagmatwana historia. Plątając się po Europie z plecakiem znalazłem ogłoszenie w gazecie. Pewna Włoszka postanowiła przeprowadzić się do Amsterdamu. Któregoś dnia deponowała pieniądze w jednym z tamtejszych banków i w tym czasie był na niego napad. Ona uznała, że to jest jakiś znak i że musi się wycofać z całej tej przeprowadzki. Zdecydowała, że wróci do Włoch. Dała ogłoszenie do gazety, że poszukuje osoby z prawem jazdy, która odwoziłaby we Włoszech dzieci do szkoły. Odwiedzałem wtedy w Amsterdamie swojego kolegę i znalazłem to ogłoszenie. Umówiłem się z nią na dworcu. Ona myślała, że będę kobietą, bo tak brzmiałem przez telefon. Zresztą do tej pory, jak ludzie do mnie dzwonią, to proszą męża do telefonu…

MT: Faktycznie masz dość wysoki tembr głosu.

TT: Ale telefon też trochę deformuje. Jak się spotkaliśmy, powiedziała, że wolałaby dziewczynę. Ja jej na to, żeby się nie martwiła, bo mam trzy starsze siostry, pewnie miałem być kobietą. Powiedziałem, że przyjadę do Toskanii, spróbujemy, a jak nie będzie zadowolona, pojadę sobie dalej. Zgodziła się na to i zaprzyjaźniliśmy się. Przemieszkałem u tych ludzi rok. Nota bene byli to starzy hippisi, pokolenie dzieci-kwiatów, ludzie po przejściach –  wiadomo, Toskania przyciąga różne typy z całego świata.

fot. Sebastian Szwajczak

fot. Sebastian Szwajczak

MT: Czyli trochę ludzie w twoim klimacie.

TT: Jak najbardziej, mimo, że różnica pokoleń. Ja miałem wtedy dwadzieścia trzy lata, to był 1996 rok, a oni byli już po pięćdziesiątce. Dojrzali hippisi.

MT: Dość często wracasz do korzeni. Bywasz w Polsce przynajmniej raz w roku. Czym są dla ciebie te przyjazdy do kraju?

TT: Przyjazdy do Polski są dla mnie swego rodzaju wzmocnieniem. Podzieliłem swoją głowę na dwa światy: włoski i polski. Mieszkając we Włoszech wiem cały czas, że mam ten drugi świat – Polskę. I odwrotnie. To jest bardzo fajne i bardzo pomaga. Wiesz, że możesz uciec z jednego, przenieść się w drugi. Niewiele osób ma taką możliwość. Ludzie przeważnie mają jeden świat, z którego nie ma ucieczki. Zapętlają się. Ja mam odskocznię, mogę uciec w polski świat.

Jak tu przyjeżdżam to bardzo dużo obserwuję. Ludzi, zachowania, sytuacje, jak się tu żyje. Przemieszczam się, spotykam z ludźmi. Nawet przypadkowo spotkany człowiek na ulicy coś mi daje. Tu ludzie mają zupełnie inną percepcję rzeczywistości, niż we Włoszech. Tutaj ulica żyje innym rytmem, mimo, że mamy jakiś wspólny mianownik. Powroty do Polski są trochę jak lekarstwo na życie, na to, żeby móc iść do przodu.

MT: A gdzie czujesz większą swobodę?

TT: Zdecydowanie we Włoszech. Ja to nazywam „freestyle życiowy”. Tam jest wszystko traktowane z większym przymrużeniem oka, ludzie mają większy dystans do życia.

MT: Czym dla ciebie jest wolność?

TT: To niezależność umysłu od miejsca i przestrzeni. Czyli na przykład jestem wolny, jeżeli mogę gdzieś pojechać z dnia na dzień wybierając miejsce, do którego pojadę. Nie zawsze się to udaje, ale to jest dla mnie prawdziwa wolność.

MT: Uważasz się za człowieka całkowicie wolnego?

TT: No właśnie niestety nie. Wszyscy działamy w jakimś systemie. Nie mamy na to większego wpływu. Jako jednostka czuję się wolny, ale mimo wszystko działam też w systemie pewnych zależności. Nie ma absolutu wolności, jakiejś nirwany. Każdy z nas jest zawsze od czegoś lub kogoś zależny i ma jakąś kulę u nogi.

MT: Czy prowadząc taki tryb życia, nie masz czasem poczucia, że tak naprawdę uciekasz od rutyny i odpowiedzialności?

TT: Mam takie wrażenie, ale wybrałem taką drogę. Jak się coś w życiu wybiera, czy to zawodowo czy prywatnie, musi być konsekwencja. Ja wybrałem turystkę, agroturystykę, szwendanie się. Zastanawiałem się wiele razy, co by było gdybym wybrał inaczej. Gdybym został, pracował od siódmej do piętnastej, wracał, brał urlop, wyjeżdżał na wakacje. Mój wybór to nie jest prosta droga, bo jestem sam z wieloma problemami. Ale jest to ogromna frajda. Warto się poświęcić, żeby robić to, co się chce, a nie być uzależnionym od pracodawcy, czy kogoś, kto nad tobą stoi z batem i grozi zwolnieniem. Ja sam siebie wiele razy już zwalniałem.

MT: Łatwo powiedzieć. Gdyby każdy tak żył, mielibyśmy całe społeczeństwa baciarów.

TT: Pewnie tak. Włosi mówią, że „Il mondo e bello perche e vario”, czyli świat jest piękny dlatego, że jest różnorodny. To jest motto, które mi przyświeca. Napotykając różne sytuacje i ludzi dookoła, wiem, że tak jest i jestem z tym pogodzony. Wiem, że jest jak w tym wierszu Tuwima: „Murarz domy buduje, krawiec szyje ubrania. Ale gdzieżby co uszył, gdyby nie miał mieszkania? (…) Tak dla wspólnej korzyści i dla dobra wspólnego wszyscy muszą pracować, mój maleńki kolego”. Z tego wyrosłem, z takich historii i myślę, że niech każdy robi to, co robi i świat będzie piękny.

fot. Sebastian Szwajczak

fot. Sebastian Szwajczak

MT: Byłeś uczestnikiem wyprawy do Afryki  pod nazwą GloBall 2012. W Polsce pojawiały się komentarze, że całe to przedsięwzięcie to safari kilku chłopców, które zorganizowali sobie za pieniądze sponsorów. Jaki był twój GloBall?

TT: Dla mnie wyprawa GloBall* była przypadkiem. Tak jak mój wyjazd do Toskanii. Znalazłem się tam właśnie dlatego, że nie uczestniczyłem w całych przygotowaniach. Zadzwonił kolega, że jest wolne miejsce, spakowałem się w trzy dni i pojechałem. Oni sami do końca nie wiedzieli, jak to będzie wyglądało, pierwszy raz zderzyli się z takim projektem i z tym, co zastali na miejscu. Nie wiedzieli, jak te piłki dawać dzieciom, jak to zrobić, żeby nikt się nie czuł pokrzywdzony, żeby sponsorzy byli zadowoleni. Mieli bardzo dużo myślenia na miejscu. Jednak osiągnęli duży sukces, mimo wszystko. Ci ludzie pojechali tam w większości za własne pieniądze! Osobom, które nigdy nie były na takiej wyprawie, ciężko będzie zrozumieć, jak to działa na człowieka. Najlepiej, żeby cała krytyka też sobie pojechała na taki wypad. Może wtedy coś o tym powiedzą. Mówienie o czymś, czego się nie przeżyło, to puste słowa.

MT: Skoro nie uczestniczyłeś w przygotowaniach do wyprawy, to jak się na miejscu odnalazłeś wśród uczestników ekipy GloBall?

TT: Przeszedłem kryzys emocjonalny na początku wyprawy. Chciałem zmieniać to wszystko, co oni sobie zaplanowali. Chodziłem, mówiłem, że to nie tak, tamto nie tak. Musiałem sobie znaleźć miejsce w tej ekipie. Mieli cały sprzęt do gotowania, byli świetnie wyposażeni (mówię „oni”, bo na początku tak było – byli oni i ja, po wyprawie mogę powiedzieć, że „my”). Postanowiłem, że będę dla wszystkich codziennie gotował.

MT: Gotowałeś po włosku?

TT: Tak. Powiedziałem: „chłopaki będę wam robił makaron z różnymi sosami”.

MT: Ale trochę afrykańskiej nuty w tym było?

TT: Było, bo używałem składników dostępnych na miejscu. Były grzyby, to kupowałem grzyby, były larwy suszone, też brałem. Jak była koza, to gotowałem kozę. A dlaczego wybrałem tam akurat makaron? Dlatego, że kiedyś miałem pomysł na swoją własną wyprawę: pojadę gdzieś samochodem, wezmę pół tony makaronu i będę gotował. Wychodzę z założenia, że jak się ludziom daje jeść, to włos ci z głowy nie spadnie. Tak zwykle jest na świecie, na jakiejkolwiek szerokości geograficznej – jeżeli coś gotujesz i dajesz ludziom pokarm, to nikt ci nic złego nie zrobi. Nawet największy bandzior musi czasem coś zjeść.

MT: To trochę jak twoja ostatnia akcja z rozdawaniem pizzy w Krakowie.

TT: No tak. Takie zabawy są bardzo fajne. Ja w taki sposób mogę też obserwować zachowania ludzi –  jak podchodzą do tego, że na Land Roverze stoi rozpalony piec, a z niego wychodzą pizze, które mogą za darmo zjeść. Te reakcje typu: „Skąd się to bierze? Kto was sponsoruje? Z jakiej firmy jesteście?”. To uświadamia jakie na świecie panują mechanizmy. Socjologicznie mnie to bardzo pobudza do myślenia.

fot. Sebastian Szwajczak

fot. Sebastian Szwajczak

MT: Kiedy zastanawiałem się, jak można by cię krótko opisać, przyszło mi do głowy kilka określeń: podróżnik, niebieski ptak, Piotruś Pan, traper, skaut, kosmita. Co z tego jest prawdą?

TT: Prawdą jest „E.T.”. Czuję się trochę tym wszystkim. Zawsze imponowali mi ludzie typu człowiek-orkiestra. Tacy, którzy potrafią zadbać o siebie, którzy nie mają nic, a muszą być wszystkim: niańką, praczką, sprzątaczką. To jest prawdziwe życie. Na przykład wsiadam na rower, który sobie sam zrobiłem, na nim jadę, gotuję, walczę z materią do samego końca. Myślę, że po trochę jestem chyba wszystkim tym, co wymieniłeś.

MT: Ale za kosmitę też się uważasz?

TT: Jak wchodzę do galerii handlowej, to tak.

MT: Będąc kilka razy w Toskanii, zwróciłem uwagę na to, w jaki sposób tam się myśli o czasie. Przemijanie jest tam ściśle powiązane z kreacją, narodzinami. Na przykład wino. Podlega upływowi czasu, ale właśnie wtedy stwarza się, powstaje. Czym dla ciebie, po szesnastu latach spędzonych w Toskanii, jest upływ czasu?

TT: Miałem tam bliskie spotkania trzeciego stopnia z czasem. Wyobraź sobie taką sytuację: stoi pusty, stary dom, którego część chciałbym wynająć. Pytam właściciela, czy mi tę część wynajmie. On się w ogóle nie spieszy z odpowiedzią. Mija rok, półtora, po czym przychodzi i mówi: „dobrze, wynajmę ci go”. Na początku w ogóle nie mogłem tego zrozumieć. Tam jest zupełnie inne podejście do czasu. W zachodniej Europie jesteśmy nauczeni szybkiego stylu życia – ciach, ciach, ciach, idziesz, wynajmujesz, następny, do przodu. Dzięki Toskanii zrozumiałem: tam czas mierzy się z szacunkiem i innymi miarami – dekadami, pokoleniami. To jest związane z klimatem, z tym co tam możesz spotkać na każdym kroku – jak patrzysz na kamienie, na groby etruskie… Zatrzymujesz się i myślisz: „jakbym miał laskę, to bym huknął i by przynajmniej woda trysnęła.”

MT: Swojego starego Land Rovera traktujesz jak przyjaciela, o szynce parmeńskiej mówisz, że jest jak hostia, wino nazywasz darem życia. Czy to są dla ciebie prawdziwe świętości?

TT: Nie no, oczywiście Bóg. To wszystko jest jednak odwołaniem do Boga, do stwórcy. W Toskanii rzeczy namacalne i materialne są odniesieniem do Boga i nazywając szynkę hostią czy wino – nektarem, odwołuję się do ewangelii.

MT: Zawsze brakowało mi jednego słowa w nazwie przedsięwzięcia, które stworzyłeś i którego jesteś sterem, żeglarzem, okrętem, czyli w nazwie „Wino i śpiew”. Pewnie domyślasz się, o jakie słowo chodzi.

TT: Znowu przypadek. Ta nazwa jest przypadkiem i nie ma sensu doszukiwanie się w niej słowa „kobiety”. Prozaiczna historia. Drukowałem ulotki w czasach, kiedy jeszcze nie było to takie proste i kiedy cała moja przygoda w Toskanii dopiero ruszała. Znajomy pospieszał mnie, żebym wymyślił nazwę, bo chciał szybko wydrukować materiały. Powiedział: „zastanów się chwilkę”. To jest mój słaby punkt, że ja się długo nie zastanawiam. Powiedziałem: „wino i śpiew” i tak zostało. Czysty przypadek, nawet nie po wódce.

fot. Sebastian Szwajczak

fot. Sebastian Szwajczak

MT: Czym jest „Wino i śpiew”?

TT: „Wino i śpiew” to jestem ja i cała działalność turystyczna, którą się zajmuję. Nie zdecydowałem się nigdy na zatrudnienie dodatkowych osób, na stworzenie biura z rezerwacjami. Jak czegoś zapomnę to mam pretensje do siebie. Przez dziesięć lat prowadziłem w Toskanii agroturystykę pod tą nazwą. Odremontowałem stary toskański dom. Niestety ostatnio musiałem się stamtąd wyprowadzić, bo zmarł jego właściciel i cały przysiółek jest na sprzedaż. Teraz zająłem się pośrednictwem. Chętnym organizuję pobyt w Toskanii, wplątuję w ciekawe toskańskie sytuacje. Nie mocno turystyczne, nie w komercyjnym stylu. Będąc na miejscu mogę ludziom pomóc w zorganizowaniu fajnego pobytu. Znam tam bardzo dużo miejsc i ich historię. Jeżeli ktoś przyjeżdża z tej „galerii handlowej” i chce się odnaleźć w toskańskim „supermarkecie”, jeżeli zapuka do moich drzwi, to pokażę mu co z niego wybrać najciekawszego.

MT: Czyli tam na miejscu jesteś trochę człowiekiem-instytucją.

TT: Właściwie tak. Są różne historie. Ludzie na wakacjach łamią nogi, ręce, psują im się samochody, mają wypadki. Jak mogę, wtedy też im pomagam. Jak ktoś przyjeżdża za moim pośrednictwem do Toskanii, może liczyć na ułatwienia, ale musi trochę umieć czytać między wierszami: czego może oczekiwać, a czego nie. Jak w normalnym życiu.

Zaprzyjaźniam się bardzo mocno z ludźmi, którzy do mnie przyjeżdżają i te przyjaźnie trwają cały czas. Nie mam podejścia typu klient-instytucja. Staram się zatrzeć tego typu relacje. Nie ma formularzy, biurokracji. Jest człowiek i rozmowa. Jak przy obiedzie, śniadaniu, kolacji.

MT: Wszystko, co tam zbudowałeś, też jest oparte na przyjaźniach?

TT: Tak. Ale przede wszystkim na mnie samym. „Wino i śpiew” może być wszędzie. Jak nie byłem pewien, czy dostanę pobyt stały w Toskanii, myślałem, że najwyżej pojadę gdzie indziej, przynajmniej nauczę się kolejnego języka. Pobyt jednak dostałem. Chcę, żeby ludzie myśleli, że „Wino i śpiew” to Tomek Tryba, a nie miejsce na świecie. Jeżeli życie sprawi, że pojadę w inną część świata, bo na przykład będzie przelatywał balon, który obniży się nad moim domem i powiedzą „wsiadaj”, a ja zawsze wsiądę, to ze mną poleci nazwa „Wino i śpiew”. Wierzę w takie coś.

MT: Czyli właściwie wszędzie na świecie może być wino i śpiew.

TT: Wszędzie na świecie może być wino i śpiew. Tak, tak…

*Wyprawa GloBall 2012 została zorganizowana przez Stowarzyszenie DOOKOŁA. Była realizacją idei tak zwanego „social travelling”. Oto jak sami o sobie piszą na stronie www.dookola.org: „Stowarzyszenie DOOKOŁA powstało po to, by ruszyć w świat z misją, która z podróży uczyni coś więcej, niż tylko przygodę. Uważamy, że jadąc przez świat, musimy wieźć ze sobą coś w zamian. (…) Przemierzając świat, gromadzimy bezcenny materiał ukazujący naturę relacji międzyludzkich i międzykulturowych. Pokonujemy wszelkie granice – nie tylko te administracyjne.” Więcej informacji na temat samej ekspedycji GloBall 2012 znajduje się pod adresem: http://www.dookola.org/index.php?option=com_content&view=article&id=74&Itemid=502

Jeśli podoba Ci się ten artykuł i chcesz odwiedzać nas częściej, udostępnij go na Facebooku, skomentuj oraz polub nasz portal, by otrzymywać więcej treści, które mogą Cię zainteresować: