Kultura,Publicystyka 10 stycznia 2013, 11:59

Broń się! Rzecz o bullshido

bullshidoSztuki walki, które koncentrują się na teatralności, przy wysoce wątpliwej skuteczności, określa się mianem bullshido. W łagodnej formie to pękające stosy desek, zaś bullshido w czystej postaci to bezdotykowy nokaut i tajemne techniki powalające przeciwnika przy byle dotknięciu. Bullshido najłatwiej poznać po tym, jak wspaniale wygląda na prezentacjach z innymi adeptami bullshido i jak bezużytecznie w konfrontacji z osobą postronną. Choć siwi mistrzowie bullshido potrafią wyczyniać cuda ze swoimi uczniami, w prawdziwym pojedynku budzą litość i zażenowanie – przykład Ryukerina, mistrza Kiai. Jeśli posiadaniu rzekomo nadludzkiej mocy towarzyszy porażająco prymitywne aktorstwo, nie trzeba być wielkim sceptykiem, aby powątpiewać w moce azjatyckich mocarzy. Nie wypada jednak tracić czasu na wyśmiewanie się z energii Chi, kiedy prawdziwe problemy stoją tuż za rogiem. Weźmy takiego Johna Colesa, posiadacza czarnego pasa w aikido i jujitsu, a przy tym autora książek analizujących sztuki walki pod kątem naukowym. Część środowiska klasycznych mistrzów Coles nazywa „antyintelektualnym bastionem”, odpornym na współczesną wiedzę o motoryce i fizjologii. Największe niebezpieczeństwo dostrzega jednak w pogardzie, jaką niektórzy reprezentanci klasycznych sztuk walki żywią do kursów samoobrony. W końcu wiadomo, jeśli po każdym uderzeniu człowiek nie przyjmie postawy żurawia i nie wyda z siebie dziwnego odgłosu, to cios się nie liczy.

Organizatorzy kursów samoobrony nie są tu bez winny. Kursy samoobrony zdają się usilnie walczyć z rzezimieszkiem gwałcącym postronne kobiety. Czy naprawdę ten rodzaj zwyrodnialca zagraża kobietom najbardziej? We wstępie do książki „What Is Your Dangerous Idea” psycholog Steven Pinker wprost pyta, czy jesteśmy gotowi na przyjęcie faktu, że każdy mężczyzna nosi w sobie wrodzoną skłonność do gwałtu? Spoglądanie na siebie jako potencjalnego gwałciciela jest na tyle nieprzyjemne, że postanowiliśmy chronić kobiety przed mitycznym facetem zaczajonym w ciemnej bramie. Kobiety uczą się walki z niewidzialnym wrogiem, sporadycznym dewiantem, który przytrafić się może nawet najbardziej nieskazitelnej społeczności. Statystyka panowie jest dla nas okrutna. Znajomy instruktor z kursu samoobrony stanowi dla kobiety większe zagrożenie, niż zapijaczony przechodzień o facjacie kryminalisty. Badania Uniwersytetu Massachusetts pokazują, iż ponad 80% zgwałconych kobiet doskonale znała napastnika. Dane pochodzące z dużych badań ankietowych z Australii wyglądają jeszcze gorzej. Partnerzy kobiet odpowiadają za 49% gwałtów, koledzy ofiar za 45%, zaś osoby obce jedynie za 6%! Gwałt nie odbywa się ani na parkingu, ani nawet na imprezie, a zwykle w mieszkaniu sprawcy lub mieszkaniu poszkodowanej, do którego gwałciciel dostał się za pozwoleniem zgwałconej kobiety. W źle rozumianym szacunku do kobiet przemilcza się fakt obecności alkoholu w ciałach ponad 40% zgwałconych pań – co powinno przecież radykalnie zmienić metodologię kursów samoobrony. Z idealistycznie pojmowanej filozofii sztuk walki, pochodzi też absurdalne zalecenie niestawiania oporu. Bywa, że sami policjanci podsuwają kobietom takie działanie, aby dodatkowo nie prowokować napastnika do większej agresji. Stoi to w jawnej sprzeczności z danymi medycznymi. Po pierwsze, 38% prób gwałtu kończy się już przy pierwszej próbie wyrażenia sprzeciwu przez kobietę. Po drugie, badania przeprowadzone w Omaha oraz duże badania na zlecenie Amerykańskiego Instytutu Sprawiedliwości, nie wykazały związku pomiędzy ilością obrażeń a stawianiem oporu.

Siwi mistrzowie mylą się odnośnie skuteczności kursów samoobrony. Badania z roku 2005 pokazują, iż kursy samoobrony przynoszą wymierne korzyści. Trudno jednak powiedzieć, czy to akurat znajomość konkretnych technik walki decyduje o mniejszym odsetku udanych gwałtów. Nie bez znaczenia jest tu cały wachlarz psychologicznych skutków takich kursów: poprawa asertywności, zwiększone poczucie własnej wartości, a także mniejszy lęk i większa stanowczość w obliczu samego gwałtu. Zgodnie z opinią ekspertów głośny krzyk nie jest wcale gorszą metodą obrony niż szamotanie się z napastnikiem. Myślę, że nie zniechęcę potencjalnych uczestniczek takich kursów dopiskiem, iż istnieją metody jeszcze skuteczniejsze. Przyjęcie najbardziej poprawnej pozycji do walki nie robi na napastnikach takiego wrażenia, jak wyciągnięcie noża. Mówimy tu jednak o przykładaniu broni do głowy swojego partnera, co nawet w sytuacji podbramkowej wciąż nie jest specjalnie popularne.

Autorem tekstu jest Michał Łaszczyk. Artykuł pochodzi ze strony czajniczek-pana-russella.blogspot.com

Jeśli podoba Ci się ten artykuł i chcesz odwiedzać nas częściej, udostępnij go na Facebooku, skomentuj oraz polub nasz portal, by otrzymywać więcej treści, które mogą Cię zainteresować: