Ciekawostki,Publicystyka 23 marca 2013, 22:13

Aleister Crowley i spółka. Praktyka mistycznego cudotwórstwa

Kiedy na początku lat 20-tych przycisnęła go bieda sprzedawał tabletki zwane przez siebie eliksirem życia. Mniej więcej było to to samo, czym handlowali wędrowcy szarlatani, z którymi na dzikim zachodzie w jednym z odcinków walczyła doktor Quinn – znaczy się bezwartościowe pigułki działające na nic.

David Koresh. Fot. McLennan County Sheriff's Office

David Koresh. Fot. McLennan County Sheriff’s Office

Ha, w moje łapska wpadła kolejna książka Jacka Sieradzana, tym razem o bardziej soczystych dewiacjach religijnych. Pan Jacek po raz kolejny wkłada za nas ręce w najbardziej fanatyczny brud, wygrzebując go na światło dzienne. Studiując owe dzieła myśli szaleńczej, dostrzegłem pewną prawidłowość wśród 20-wiecznych magów i zaklinaczy. Niepotwierdzone niezwykłe cechy jakie przypisywali sobie ci pomyleńcy, stoją w jawnej sprzeczności z przeróżnymi faktami z ich biografii. Czy wielki Aleister Crowley, który ponoć jednym spojrzeniem zamieniał człowieka w zombie, a każdy kogo dosięgły jego wybałuszone oczy, stawał się jego niewolnikiem, czy mając taki dar kantowałby na wymyślonych przez siebie fałszywych lekach? Kiedy na początku lat 20-tych przycisnęła go bieda sprzedawał tabletki zwane przez siebie eliksirem życia. Mniej więcej było to to samo, czym handlowali wędrowcy szarlatani, z którymi na dzikim zachodzie w jednym z odcinków walczyła doktor Quinn – znaczy się bezwartościowe pigułki działające na nic. Czytając „Od kultu do zbrodni” trapiło mnie wewnętrzne rozdarcie czy śmiać się z tego czy płakać. Niebywałe, że znalazło się tak wiele osób gotowych poświęcić życie dla tego żenującego spektaklu i pożal się boże godnych obietnic. Kolega po fachu Crowleia, twórca kościoła Szatana Anton Szandor LaVey, na którego jedno skinienie lucyfer wyczesałby mu diabelski ogon, nim przeistoczył się w arcydemona, zarabiał na pipcząco-migoczącym urządzonku, które za pomocą elektronicznego miernika wykrywać miało duchy. Swoim klientom wmawiał, że owa stworzona przez niego machina stanowi także pułapkę, w którą schwytać można niesfornego ducha w ten sposób doprowadzając nawiedzony dom do stanu używalności. Ten sam poziom autentyczności miały wróble malowane przez Gurdżijewa, prekursora New Age na żółto i sprzedawane jako kanarki.

Jeśli chodzi o wymiar finansowy wszystkich przebija Soko Asahara, guru sekty Najwyższa Prawda, która w latach 90-tych podłożyła trujący sarin w Tokijskim metrze. Za terapię skórkami mandarynek kasował on 7 tysięcy dolarów! Kiedy rozczarowani klijeci złożyli doniesienie na policję, został skazany na grzywnę… tysiąca dolarów, mimo że na mandarynkowym fałszerstwie zbił wówczas około 200 tysięcy dolców! Kiedy Ashara dorobił się renomy, jego wyznawcy byli gotowi płacić 370 dolarów za centymetrowej długości włos wyrwany z jego brody. 800 dolarów kosztować miała mała buteleczka wody po kąpieli tego wielkiego mędrca, a pijący te syfy człowiek miał nabywać nadnaturalnych mocy mistrza, takich jak lewitacja i telepatia. Z niezwykłego obrazu mistyków zwykle ostaje się tylko niemoc i desperacja. Dla przykładu, zdolności nie w kij dmuchał przypisywał sobie Kanadyjczyk Roch Theriault. Posiadał umiejętność leczenia, a nawet wskrzeszania ludzi, a mimo to, jego codziennym fachem była kastracja bydła i świń. Pan Jacek dodaje, że robił to bez „upuszczania krwi”, a zważywszy, że w tym samym okresie chwalił się, iż potrafi rozmawiać z drzewami i zwierzakami, szczególnie w tym drugim kryć mogła się tajemnica jego fachu. Kiedy zapowiedziany mu przez Boga koniec świata w lutym 1979 się nie ziścił, Theraulta wytłumaczył to swoim wyznawcom, „iż nawet Bóg może popełniać błędy”.

Jeszcze bardziej wygórowane ego posiadał David Koresh, który uważał się za bożego syna, posiadał wszystkie jego atrybuty z wskrzeszaniem ludzi i tym podobnymi bajerami włącznie. Jahwe zabrać miał Koresha w UFO-rydwanie na jedną z planet w gwiazdozbiorze Oriona, gdzie Bóg objawić miał przed nim swoje najskrytsze tajemnice. Koresh znany jest pośrednio fanom muzyki rockowej. Jeśli ktoś słyszał o próbie wyczerpania psychicznego ludzi poprzez obstawienie domu głośnikami i puszczaniu przez nie muzyki Alice Cooper wraz z dźwiękami wierteł dentystycznych, to metod tych próbowano właśnie na Szczepie Dawidowym (wyznawcach Koresha) w roku 1993. Kiedy to zawiodło, na zaciekle broniącą się sektę przypuszczono ostatecznie szturm, w którym zginął nieśmiertelny Koresh i ponad 70 jego wyznawców. Latające spodki mieli w głowie także wyznawcy Zakonu Świątyni Słońc, którzy w 1994 roku dokonali zbiorowego samobójstwa, co w ich języku przekładało się na podróż w kierunku Jowisza, bądź w innej wersji – na Syriusza. Proklamowali ścisłe zasady zdrowego żywienia, które uchronić miało ich przed apokalipsa. Stąd jedli tylko… chleb z masłem orzechowym. Nieufność wobec medycyny nie pomogła Marshallowi Applewhitowi. Wyznawcy jego idei postanowili udać się na statek kosmiczny ukryty za kometą Hale’a-Boppa między innymi dlatego, że nie mogli znieść myśli, iż ich guru niebawem umrze. Applewhite szykował ich na swoją śmierć, będąc przekonanym, iż cierpi na nieuleczalną odmianę raka. Przygotowywał ich tak intensywnie, iż w marcu 1997 roku wszyscy popełnili samobójstwo. Autopsja zwłok Applewhite oczywiście nie potwierdziła jego domniemanego nowotworu.

Michał Łaszczyk
czajniczek-pana-russella.blogspot.com

Jeśli podoba Ci się ten artykuł i chcesz odwiedzać nas częściej, udostępnij go na Facebooku, skomentuj oraz polub nasz portal, by otrzymywać więcej treści, które mogą Cię zainteresować: